No właśnie...
Ile razy z kimś rozmawiam, tyle razy słyszę nowe wariacje na temat tego czym tak na prawdę jest coaching...
Coaching - coś z autokarami związane, bo jak byłem w UK, to z przystanku odbierał mnie "coach" a nie "bus" - najedźcie zresztą kursorem po prawej stronie na kategorie bloga i słowo "coaching"... ii... dyliżans jako jedno ze znaczeń...
Coaching - dwie panie wchodzą do domu, wywalają ciuchy z szafy i sprzęty ze strychu, nazywając to coachingiem domowym... cały program telewizyjny o tym zrobili!
Coaching - w wielu polskich firmach tak określa się obserwację pracownika w środowisku pracy i udzielanie informacji zwrotnej, co robi dobrze, a co robi źle...
Coaching - wychodzi pracownik z gabinetu szefa po cyklicznym suszeniu głowy i mówi "Ale mnie scoachował..."
Wszystko to ma się tak do coachingu, jak uczucie agresji do zacnego stworzenia jakim jest leniwiec. W zeszłym tygodniu prowadziłem krótkie warsztaty coachingowe w Sopocie dla GlaxoSmithKline. Kiedy szperałem więc w internecie w poszukiwaniu przystępnych definicji coachingu, które mógłbym pokazać uczestnikom, znalazłem kilka naprawdę dobrych, a uwierzcie mi, co strona, to inna definicja, inny opis, inne podejście. Krótkie i zwięzłe, długie i opasłe jak 30-tomowa Brittanica, pozytywne, negatywne i Bóg wie jakie jeszcze. Każda szkoła dla coachów, każdy standard coachingowy, każda gwiazda coachingu, izba czy stowarzyszenie mają swoją definicję. Postaram się więc nie przytaczać żadnej z nich. Posłużę się natomiast historią, jaką opowiedział pan Milton Erickson, jeden z bardziej zasłuzonych coachingowi ludzi.
"...Pewnego dnia, gdy byłem jeszcze uczniem szkoły średniej, do naszego gospodarstwa przybłąkał się koń. Miał na sobie siodło, był bardzo spocony i dyszał. Daliśmy mu wody i postanowiliśmy odprowadzić do właściciela. Nikt jednak nie wiedział, skąd przyszedł.
Wsiadłem na niego i poprowadziłem w kierunku drogi. Wiedziałem, że koń wybierze właściwy kierunek, choć nie wiedziałem, jaki on będzie. Koń pognał do przodu. Od czasu do czasu zatrzymywał się i wchodził na pola skubać trawę. Wtedy delikatnie przypominałem mu o drodze. Po pewnym czasie koń skręcił do czyjegoś gospodarstwa. Ucieszony i zdumiony gospodarz wyszedł nam na spotkanie:
- To mój koń, gdzie go znalazłeś?
- Jakieś siedem kilometrów stąd.
- Ale skąd wiedziałeś dokąd go odprowadzić??
- Nie wiedziałem. Koń wiedział. Ja tylko kierowałem jego uwagę na drogę..."
Jeździec w tej historii to coach, a koń (przepraszam za analogię) to osoba coachowana. Coach jest ze swoim Klientem i ramię w ramię pilnuje, żeby Klient nie zszedł z drogi jaką sam obrał. Istoty ludzkie to bardzo ciekawe stworzenia. Często zdeterminowane i pełne dobrych chęci, ale jeszcze częściej i w tym samym czasie, łatwo zbaczające z obranej drogi i rozpraszane przez inne rzeczy. Jak często zdażało się nam stawiać przed sobą postanowienia noworoczne ? Ile razy rzucaliście palenie, odchudzaliście się, szukaliście nowej pracy, staraliście się wygospodarować więcej czasu dla rodziny ? Ile razy mimo ogromnych chęci zbaczaliście gdzieś w bok... poskubać trawy jak ten koń ? Tym jest własnie coaching - pilnowaniem, żebyście po wybraniu celu, trzymali się swojej drogi, którą znacie podświadomie... a my coachowie, to Wasi kompani w tej drodze.



